Przeskocz do treści

Olga

Właściwie to książka mi się nie podobała. Wątki nie kończyły się ani nie zaczynały, przeplatały tylko nieuchwytną, magiczną fakturą muślinu, tkane w przestrzenne abakany. Taki urok literatury ambitnej – pozbawia nas tego, czego oczekujemy, a jednak nie przesstaje hipnotyzować, czarować, dobijać się do wnętrza.
Skończenie książki nic nie skończyło, nie zamknęło, nie dało ulgi, którą kiedyś o trzeciej w nocy odczułam nad ostatnim zdaniem przeczytanego jednym tchem Roku 1984. Dziwna, bezkształtna opowieść oplotła mnie pajęczyną bez początku i końca.

Jednak może do czegoś się ta powieść przydała. Myśli znów popłynęły potoczyście, gładko uprzędzone, ubrane w piękną polszczyznę. To miła odmiana po strzępiących się telegraficznych polsko-angielskich łamańcach, w które moje myśli ostatnio się ubierały. W jak dziwny sposób język kształtuje myśl.

Jak mam złożyć życzenia imieninowe, kiedy ból znowu woła o koniec, o śmierć? To proste, ćwiczone tyle razy, weszło już w nawyk, w krew. Tembr głosu precyzyjnie odpowiedni do okazji, każdy mięsień twarzy ćwiczył swoją rolę, wie, kiedy wejść, kiedy wyjść, kiedy się ukłonić. Leki upośledzają moje ręce, ale zostawiają mi kontrolę nad twarzą, to wystarczy.
Czemu ludzie nie znoszą pustki? Na świeżo wymiecionej podłodze natychmiast pojawiają się klocki, kapcie, plecaki, projekty części do maszyn i sukienek dla lalek. Nawet ci porządni, sprzątający, zastawiają wszystko doniczkami, figurkami, bibelotami, które potem cierpliwie i bezsensownie odkurzają. Kiedy milczę, przychodzi ktoś, kto chce mówić. Kiedy robię coś, co nie ma znaczenia, segreguję śmieci, zdejmuję pranie z suszarki, przygotowuję kolejne do wrzucenia do pralki – przychodzi ktoś i nadaje temu swoje znaczenie, nieudolnym pomaganiem pozbawia mnie tej cennej próżni, w której myśli mogłyby wreszcie popłynąć własnym torem, własnymi, kocimi, milczącymi ścieżkami.
Czemu nie wolno mi mieć pustej twarzy? Czemu zaraz słyszę „uśmiechnij się” albo „czy jesteś smutna?”

Pustka leczy ból. Rozpuszcza go, nie pozwala mu osiąść, transportuje go jak wartki górski strumień gdzieś dalej, gdzieś, gdzie może to, co tu jest bólem, tam stanie się żyzną, aluwialną glebą.

Ogień

– Chodź! – powiedział Mitri. – Ubierz się ciepło. Spędzimy dużo czasu na zewnątrz.

Malik aż podskoczył  z radości i pobiegł powiedzieć o tym swojej mamie. Następnie ubrał się w ciepły sweter łączony ze spodniami, a na wszystko naciągnął ocieplany kombinezon.

– Nie zakładaj maski. Będziemy rozmawiać.

Wyszli. Na zewnątrz padał śnieg. Sterraformowana Wenus nie miała zmienionej prędkości obrotowej, jej długa noc była zarazem zimą. Mitri prowadził Malika na obrzeża miasteczka i dalej, do Ekosystemu.

Malik  wzdrygnął się. Ekosystem. Wiedział, że jest potrzebny, wiedział, że dorośli czasem tam chodzą pracować, jednak wszyscy jakoś bali się Ekosystemu. Był pełen robaków i dziwnych opowieści o nie do końca określonych niebezpieczeństwach, powtarzanych szeptem, któremu towarzyszyły krótkie, trwożne spojrzenia w stronę ciemnej gęstwiny. Teraz, w zimowej ciemności, gęsta ściana iglastych drzew wyglądała jeszcze bardziej przerażająco.

Ale przecież szedł z Mitrim. Mitri wiedział, co robi. Nie miał żadnego oficjalnego stanowiska, żył bardzo skromnie ze wspólnej puli, czasem trochę uczył, ale nigdy w pełnym wymiarze, a większość czasu spędzał sam i nikt chyba nie wiedział, gdzie. A jednak dorośli szanowali Mitriego. Czasem szukali go, żeby zadawać najdziwniejsze pytania, na które Mitri zawsze odpowiadał, że nie wie.

 

* * * *

Tyle i już się zmęczyłam. A nawet nie doszliśmy do Ekosystemu!

Doktor kazał odpoczywać. Wiem, że ma rację.

Fake it to make it

Lubię mieć spokój. Świat jest dla mnie o wiele zbyt hałaśliwy. I może jednak moja siostra miała rację, stwierdzając, że nie lubię ludzi. Ludzie wprowadzają o wiele za dużo zamieszania. Potrzebuję dużo siły, żeby przetwarzać ich ciągłą gadaninę.

Lekarz prowadzący, po wysłuchaniu co się dzieje, zadeklarował gotowość wystawienia mi zwolnienia. Leżę w łóżku i drżę, choć nie mam gorączki. Szum w uszach. I to coś, to coś, czego nie umiem nazwać, podobne do bólu, ale nie zlokalizowane w ciele. W listopadzie pilnie potrzebowałam odpoczynku. Ale jak – przecież nie odwołam Bożego Narodzenia! Teraz już trzeba mnie znów zbierać z trudem w jeden kawałek.

Zebrałam trochę siły i poszłam do pracy. Zatyczki do uszu i slitherlink jako pomoc, żeby przeżyć w metrze, zamknąć się w swoim małym osobistym bąbelku. Gwiazdki śniegu na ścieżce, takie wyraźne, duże, każda inna… zatrzymałam się, żeby im się przyjrzeć. Przyroda jest tak bezmyślnie rozrzutna jeśli chodzi o piękno!

Wytrzymałam dwa dni. Każde wypowiedziane słowo mnie boli, prosta rozmowa z kumplem niespostrzeżenie przeradza się w nieznośny wysiłek… ale trzeba trzymać fason, nie drżeć, nie płakać, wrócić metrem i odebrać dzieci z placówek oświatowo-wychowawczych. Pociągnąć je na sankach. Poczekać aż pozjeżdżają trochę z nasypu przy bloku. Wstąpić do sklepu i nie dopuścić do kupienia góry słodyczy, co młode próbują forsować. Dotrzeć do domu. Od razu dopilnować, żeby mokre ubrania zostały rozwieszone do wyschnięcia.

– Mamo, dlaczego płaczesz?

– Boli mnie. Jestem chora. Muszę się położyć.

Kilka dni temu zapoznałam się z teorią łyżek. Mnie to chyba też dotyczy.

Nic dla siebie

Nie ufam ludziom, którzy nie chcą nic dla siebie. Bo najprawdopodobniej po prostu nie wiedzą albo sami przed sobą nie przyznają się do tego, czego chcą.

Osoba 1: Zawsze z uśmiechem poświęcała się dla szerokiej siatki znajomych i rodziny, po czym wylewała na nich swoją frustrację i problemy psychiczne. Czego chciała? Nie wiem. Podejrzewam, że chciała czuć się dobra, moralnie lepsza od innych.

Osoba 2: Zaangażowana w mnóstwo działań społecznych, nigdy nie upomniała się o nic w organizacjach, dla których się poświęcała. Ze zwierzeń tej osoby wiem, czego chciała: szczególnego traktowania, „obsługi bez kolejki”, wyłączenia z obowiązujących wszystkich zasad.

Osoba 3 (tu mogę zdradzić personalia, bo to nastoletnia ja): Intensywnie zaangażowana w działalność różnych nieoficjalnych grup, niestrudzenie wkładająca czas i energię w ich działalność, aż poza granice bezkrytyczności. Czego chciałam? Akceptacji i bezpiecznego miejsca w świecie.

Jeśli twierdzisz, że nie chcesz nic dla siebie, ja twierdzę, że nie masz racji. A jeśli się przy tym upierasz, to zaczynam podejrzewać, że jesteś dziurą bez dna, której nie da się zaspokoić. Jak wymienione wyżej trzy przypadki.

Schemat

Próbuję wytłumaczyć mężowi, czym jest zaburzenie osobowości z pogranicza. I nagle sobie uświadamiam… Babcia! Jej groźby samobójcze, bycie na przemian najmilszą na świecie i niezrozumiale, nielogicznie wyładowywanie się na innych, szantaż emocjonalny, żeby dostawać zapewnienia, że jest kochana i ceniona… i głębokie cierpienie, które siedziało pod tym wszystkim, które czułam, że tam jest, że miota się, nieukojone.

Kiedy umarła, miałam poczucie, że może wreszcie jest szczęśliwa, wyzwolona z niszczącego ją szaleństwa, może się cieszyć czystą Miłością, której nigdy w niej nie brakowało, a której teraz to coś nie zatruwa.

I nie tylko ona. W mniejszym stopniu, ale też – mama, ciotka, ja sama w pewnych momentach życia… zaczęłam szukać materiałów na ten temat i tu: https://www.psychologytoday.com/us/blog/the-intelligent-divorce/201405/the-borderline-mother trafiłam na dialog:

Dziecko: Źle się czuję. Gardło mnie boli.

Matka: Napij się herbaty z miodem.

Dziecko: Nie lubię herbaty z miodem, brzuch mnie od niej boli.

Matka: Ty niewdzięczny szczeniaku!

Zarezonowało. Choć schemat w rodzinie byłby inny.

Dziecko: Źle się czuję. Gardło mnie boli.

Matka: Nie użalaj się nad sobą, jesteś zupełnie zdrowa.

Dziecko: Boli mnie.

Matka <zagląda do gardła, stwierdza, że jest czerwone jak stary wóz strażacki> : Napij się herbaty z miodem.

Dziecko: Nie lubię herbaty z miodem, brzuch mnie od niej boli.

Matka: Nie wydziwiaj!

Schemat. Powtarzany i powtarzany, przez wszystkie kobiety, tak konsekwentnie, że uważałam go za normalność, a moją nieumiejętność działania w ten sposób za defekt.

Nie-przemoc

Definicja WHO:

Przemoc – Celowe użycie siły fizycznej lub władzy, sformułowane jako groźba lub rzeczywiście użyte, skierowane przeciwko samemu sobie, innej osobie, grupie lub społeczności, które albo prowadzi do albo z którym wiąże się wysokie prawdopodobieństwo spowodowania obrażeń cielesnych, śmierci, szkód psychologicznych, wad rozwoju lub braku elementów niezbędnych do normalnego życia i zdrowia

Celowe. No, dobrze, a co jeśli nie celowe? Jeśli wynika z nieogarstwa? Własnych niedostatków? Nieprzyjmowania do wiadomości potencjalnych konsekwencji własnych działań?

Z powyższej definicji wynika, że wyżywanie się na słabszych nie zawsze jest przemocą. Kiedy rodzic nie radzi sobie z emocjami, więc wyrzuca je na dzieci, które tym bardziej sobie z nimi nie poradzą – to nie jest, według tej definicji, przemoc.

Potwierdzam, ludzie którzy to robią, często zupełnie nie mają złych intencji.

Co nie zmienia faktu, że krzywdzi jak cholera.

Nigdy nie napisałam powieści

Kiedyś dużo pisałam. Jednak nigdy nie miałam siły na nic dłuższego niż opowiadanie.

Potem przestałam pisać. Matematyka wymagała dyscypliny umysłu, nawyku zastanowienia się dziesięć razy przed wygłoszeniem jakiegokolwiek zdania. Wodze wyobraźni zostały ściągnięte, zaprzęgnięte do intuicyjnego rozumienia powierzchni Riemanna i hamiltonianów. W swojej rozwarstwionej osobowości wybrałam tę racjonalną, twardo stąpającą po ziemi, uważnie obserwującą i robiącą ze wszystkiego notatki. Prosta selekcja naturalna – tej warstwie było łatwiej przetrwać w nieprzyjaznym świecie.

Choć w indiańskiej przypowieści o dwóch walczących wilkach wygrywa ten, którego karmisz, druga warstwa nie zginęła. Zeszła do cienia. Zdziczała. Wreszcie, jak głodny wilk w desperacji podchodzi do ludzkich siedzib, zaatakowała. Mroczna artystka pragnąca dotknąć Nieskończoności nie miała ochoty pozostawać w Klubie 27. Głodna, zaślepiona, rzuciła się w sny i dzienne przewidzenia, wychylała się szaloną twarzą z każdego pęknięcia w twardej, obliczalnej rzeczywistości. Wywołała katastrofę.

Minęło kilka lat. W mojej głowie dojrzewa świat powieści. Matematycznie precyzyjny. A jednak pełen namiętności, tęsknot, zagubienia.

Czy starczy mi wytrwałości, żeby tę powieść napisać?