Skip to content

Kałużystki

Po kolejnych nawałnicach zostają połamane drzewa. I kałuże. Dużo kałuż. W. rozpina sandałki i wchodzi jedną stopą do brudnej wody.

— Fajna, zimna — stwierdza.

M. jej zazdrości. Też zdejmuje sandałki, staje obok. Mętna woda sięga jej do kostek.

— Aaaa, gdzie moje nogi! Nie mam nóg! — śmieją się obie.

Idziemy. Kałuż jest dużo, czasem na całą szerokość chodnika. A, co tam! Też zdejmuję sandały i staję razem z nimi w kolejnej.

Kolega z przedszkola patrzy na nas, zdziwiony. Jego mama też. Ostrożnie omijają kałużę bokiem, kiedy my radośnie stoimy w wodzie.

Wielka chmura szybko sunie w naszą stronę.

— Dziewczyny, będzie padać. Chcecie zmoknąć?

— Taaaak! — odpowiadają.

Leje. Mokniemy. Kałuże robią się ciepłe od uderzeń kropli, asfaltem spływają strumyczki.

— Gdzie strumyk płynie z wolna… — śpiewają dziewczynki, wędrując w dół jednej ze strug.

Ktoś się zatrzymuje, oferuje nam parasol.

— Nie, dziękuję — śmieję się, — mokniemy specjalnie!

Na zamku

Najpierw do góry. Wapienna ściana bywa śliska, bywa krucha, ale przez większość czasu daje mocne oparcie zarówno rękom, jak i nogom.

— Tak czwórkowo — oceniam, nawiązując do skali trudności dróg alpejskich.

Jeden z uczestników ma lęk wysokości. Koleżanka jest poobijana, posiniaczona, prawie płacze. Para pokłóciła się poprzedniego wieczoru i teraz próbują się pogodzić. Czekam na nich wszystkich. Jestem zamkiem.

Przepuszczam szybszych od nas. Nie znoszę czuć na karku zirytowanego oddechu, idźcie przodem!

Posiniaczona koleżanka jednak idzie. Lęk wysokości udało się pokonać skupieniem na technice i drodze. Para powoli przypomina sobie, dlaczego chce być razem. Idę na końcu.

Potem z góry. O nie, nie ma to nic wspólnego z powiedzeniem „potem to już z górki”! Ziemia jest śliska, wszystkie problemy z kolanami wychodzą na wierzch. Niektórzy mogliby niemal zbiegać, ale inni muszą każdy krok stawiać bardzo ostrożnie. Czekam na nich wszystkich.

Plotkujemy z tymi, którzy też idą na końcu — czy dlatego, że muszą, czy dlatego, że chcą. Kiedy zaczęliśmy jeździć bez opieki kogoś dorosłego? Jak i kiedy zaczynaliśmy z górami? Opowieści o przygodach, w których trzeba było po prostu umieć sobie poradzić.

Łup! Mój osobisty mężczyzna poślizgnął się na korzeniu. Rozharatana ręka, nic bardzo poważnego, ale apteczka ze środkami opatrunkowymi jednak by się przydała. Mam ją w plecaku, pomyślałam o tym.

Lubię iść ostatnia.

I lubię dotyk gór.

Nie jestem wzrokowcem

Śniła mi się sukienka. Zielona, ozdobiona haftem. Z miękkiego, lejącego się dżerseju. Prosta góra w dwóch wersjach, na duży biust (z dekoltem) lub mały (z falbanką). Asymetryczny, dwuwarstwowy dół.

Umiałabym skonstruować wykrój, znaleźć odpowiedni materiał i uszyć ją.

Nie potrafię jej narysować.

Dlaczego? Bo poza kolorem w mojej wyobraźni jest niewiele wrażeń wzrokowych. Kiedy wyobrażam sobie sukienkę, czuję fakturę materiału, dotyk haftu, reakcję na ruch. Umiem je osiągnąć, dobierając materiał i projektując wykrój. Nie umiem ich narysować.

Puzzle

Lubię układać puzzle. Nie korzystam z obrazka – przyglądam się każdemu kawałkowi z osobna, dostrzegając subtelności kształtów, odcieni i faktur, żeby znaleźć pasujące fragmenty. Z czasem pojawiają się coraz większe fragmenty obrazka, aż w końcu z chaosu wyłania się całość.

Życie powoli układa się w logiczną całość. Moje ja staje się spójne. Od kiedy przyjęłam założenie, że jestem aspikiem, elementy życiowej układanki zaczęły do siebie pasować. Zaczęły być logiczne. Czemu jednym z symboli kojarzonych z autyzmem jest kawałek układanki?

* * *

Czemu wciąż słyszałam od najbliższych posądzanie o bycie fałszywą? Próbowałam zdejmować maski, ale pod nimi były kolejne maski i nawet jeśli czasem mignął gdzieś kawałek prawdziwej twarzy, to wyglądał tak nieprawdopodobnie, że sama nie umiałam go rozpoznać. Czemu ludzie oburzali się na mnie, że łamię reguły, których nikt mi nigdy nie przedstawił? Czemu miało być oczywiste, że kiedy mówią coś, to tak naprawdę chodzi im o coś zupełnie innego?

Niespodziewane wybuchy płaczu w miejscach publicznych wreszcie znalazły wytłumaczenie. Żadna histeria – zwykłe przebodźcowanie. Bardzo nierówne w czasie możliwości mózgu też przestały być dziwne, kiedy zrozumiałam, jak nieustannie męczę się, rozszyfrowując codziennnie zasady bycia z ludźmi i panując nad mową ciała, żeby zgadzała się z tym, co chcę przekazać.

Trud. Wieczny trud i lęk. Matematyka wybacza błędy – wystarczy je poprawić. Ludzie nie wybaczają błędów tak łatwo. Nie powiem „o, przepraszam, użyłam niewłaściwego tonu głosu, powinnam była powiedzieć to tak: <>, wtedy zabrzmi szczerze”.

* * *

Kiedyś słowa same układały mi się w łańcuchy i płynęły łagodnymi falami. Dziś z trudem wyrzucam je z siebie, po jednym, szorstkie, precyzyjne, kłujące. Co się stało w międzyczasie? Gdzie szukać fragmentu układanki, do którego ten kawałek będzie pasować?

Jestem kobietąąąąąą

Włosy w kucyk, okulary nerdki, koszula w kratę, poplamione spodnie turystyczne i dożywające swoich dni lekkie trekkingowe buty. Jeśli wyglądem wyrażamy to, kim jesteśmy, to w końcu znalazłam swój styl. Przynależność subkulturowa: nerd.

Terapeutka dość intensywnie wypytywała mnie, jak się czuję ze swoim byciem kobietą. Chyba podejrzewała jakieś zachwianie poczucia tożsamości płciowej. Ja tam opieram się na naukach przyrodniczych. Mam macicę (sprawną, dwójkę dzieci urodziłam), biust, cienkie obojczyki i szeroko rozstawione kości kulszowe. Znaczy – jestem kobietą. Pasują mi damskie plecaki, damskie siodełka rowerowe i damskie uprzęże wspinaczkowe. Nie mam nic przeciwko sukienkom, jeśli są wygodne. A teraz zajmijmy się czym innym, bo w życiu jest mnóstwo bardziej interesujących spraw niż bycie określonej płci.

Co innego bycie mamą. To zajmuje znacznie więcej czasu i siły. To mocno wpływa na życie. Kiedy raz się urodzi dziecko, nie da się już tego zmienić – jest się mamą. To wyjątkowa relacja z wyjątkowymi ludźmi – moimi dziećmi.

* * *

Pani w przedszkolu tak mocno wkładała dzieciom do głowy, że w Dzień Matki trzeba pomagać mamie, że W. zamiest normalnie usiąść do śniadania postanowiła odkurzyć cały dom. Na szczęście po mniej więcej dwóch metrach kwadratowych uznała, że skończyła, więc nie spóźniłyśmy się do przedszkola – choć było blisko.

Błąd pomiaru

Osobiście uważam metodę naukową za aktualny szczyt rozwoju myśli – co nie znaczy, że jest to szczyt ostateczny. W trzynastym wieku podobnym szczytem była scholastyka. Scholastyka była wspaniała – a potem myśl poszła dalej, korzystając z jej narzędzi, udoskonalając je i adaptując do nowych problemów. Być może za siedemset lat na naszą dzisiejszą wizję świata będą patrzeć jak my na scholastykę, nie doceniając jej ogromnego wkładu w to, co stanie się później.

Metoda naukowa ma jednak swoje wady. Marnie sprawdza się na przykład przy zagadnieniach etycznych, w każdym razie trzeba ją do tego potężnie rozszerzać, co mocno rzutuje na (nie)pewność wyników.

Drugą potężną wadą metody naukowej jest to, że… ludzie jej nie rozumieją. Czasem nawet naukowcy. Wielu ludziom nie mieści się w głowie, że pewność faktów naukowych nie bierze się z jakiegoś fundamentalnego autorytetu Nauki, tylko z odrzucania. Uprawianie nauki to ciągłe próby podcięcia gałęzi, na której się siedzi i sprawdzanie, co zostaje. Tylko dlatego to, co zostaje, jest tak solidne. Bo oparło się wszystkim dotychczasowym systematycznym próbom podważania. A jeśli którejś się nie oprze, to trzeba będzie przemyśleć sprawę od nowa. Łącznie z obowiązkiem odpowiedzi na pytanie: Dlaczego dotychczas działało?

Każda naukowa (a osobiście uważam, że nie tylko) wiedza obarczona jest jakąś niepewnością. Nasze przyrządy pomiarowe mają ograniczoną rozdzielczość, warunki wokół się nieco zmieniają, a kiedy zejdziemy do skali kwantowej, napotkamy zasady nieoznaczoności – fundamentalne ograniczenia na precyzję naszej wiedzy. Jako fizycy, radzimy sobie z tym w prosty sposób: oprócz wyniku trzeba podać precyzję. Nie piszemy 1000 mm, tylko np. 1000±10 mm albo 1000.0±0.1 mm. To ważne. W tym, co stoi za znakiem ±, mieści się nie tylko niedokładność naszej miarki. Tam być może siedzi cała nowa fizyka do odkrycia.

Nie wstydźmy się dziur i ograniczeń w naszej wiedzy. Badajmy je. Właśnie tam da się dokonać najbardziej pasjonujących odkryć.

I can lead with pride, I can make us strong…

… I’ll be satisfied if I played along
but the voice inside sings a different song
what’s wrong with me?

Wchodzę ostatnio dość często na bloga Asperger i Foty. Ostatni post linkował do kilku artykułów o żeńskiej stronie autyzmu. W jednym z linkowanych artykułów występuje Maya – inteligentna, zdolna, dręczona lękiem społecznym i wieczną depresją, z epizodem anoreksji i mnóstwem bzdurnych diagnoz psychiatrycznych. Nie miałam nigdy poważnych zaburzeń odżywiania, ale reszta – jakbym czytała o sobie. Chodzisz po świecie, wyglądasz i zachowujesz się normalnie, odnosisz nawet różne sukcesy, ale pod spodem wiesz doskonale, że coś jest nie tak, tylko nie masz pojęcia, co właściwie. Pojawia się depresja, nerwice, lęki, ale jesteś już świetnie wyćwiczona w udawaniu normalnej, więc sama o nich nie wiesz, póki nie wybuchną.

O żeńskim aspergerze piszą raczej terapeuci niż psychiatrzy. Tego nie widać. Tego się nie zauważy w ciągu dwudziestominutowego wywiadu, a testy diagnostyczne potrafią dać losowy wynik, choćby i schizofrenię. Dopiero głębokie otwarcie się pozwala zrozumieć, gdzie tkwi problem. Ja potrzebowałam opowiedzieć o komunikacji z mamą, kiedy tworzyłam sobie w głowie słownik: „Sprzątnij ze stołu znaczy sprzątnij ze stołu, rozstaw talerze i sztućce, a potem zawołaj wszystkich na obiad. Inaczej mama będzie na mnie zła.” Nawigowanie wśród ludzkich oczekiwań było i jest stresujące i trudne, ale przez te wszystkie lata jakoś je opanowałam.

We wspomnianym artykule pojawia się fragment:

Particularly interesting is the unpublished observation that in girls with autism, the social brain seems to communicate with the prefrontal cortex, a brain region that normally engages in reason and planning, and is known to burn through energy. It may be that women with autism keep their social brain engaged, but mediate it through the prefrontal cortex — in a sense, intellectualizing social interactions that would be intuitive for other women.

“That suggests compensation,” Pelphrey says. It also jibes with women like Maya saying they have learned the rules of social interactions, but find it draining to act on them all day. “It’s exhausting because it’s like you’re doing math all day,” Pelphrey says.

To o mnie. Zasady interakcji społecznych, choć potwornie zawiłe, zostały jako tako rozpracowane na logikę, prosta rozmowa z drugim człowiekiem to gra strategiczna „Jak nie zostać źle odebranym?”. Porównanie do rozwiązywania przez cały dzień zadań z matematyki jest trochę nietrafne. Matematyka się nie obraża i nie przypisuje mi złych intencji. Kiedy popełnię błąd, mogę go po prostu poprawić. Interakcje międzyludzkie to bardziej nieustająca gra strategiczna, w której stawką jest prawo do życia wśród ludzi.