Skip to content

Chark

Oddycham delikatnie, żeby nie wywołać ataku kaszlu. Żebro boli przy każdym oddechu, ale RTG klatki piersiowej nie wykazało w tym miejscu anomalii. Widocznie uszkodziłam sobie mięsień, kaszląc.

Nie mam gorączki. Mój organizm w ogóle nie lubi podnosić temperatury, nawet przy ewidentnej grypie ledwo dobił do trzydziestu ośmiu. Myśli są w miarę klarowne.

Jak to dziwnie być słabym. Ciągnąć za sobą niechętne ciało, które ma ochotę się tylko przewracać. Wydobywać z siebie najcichsze słowa, tak niepodobne zwykłego, mocnego głosu. Miotać się żywym umysłem w ciężkiej, nie skoncentrowanej głowie.

Czemu ostatnio piszę tylko kiedy jestem chora?

Bo wtedy mam czas.

Reklamy

Niemoc

Zimny ogień w mięśniach ud i karku. Coś zadomowiło się w moim ciele. Ciało walczy. Chce spać. Nie ma tak lekko! Bo młode też się zaraziły.

Kiedy chciałam mieć dzieci, ludzie wspominali o różnych problemach – że będą chorować, buntować się, że nakłady finansowe… bzdura. Drobiazgi. Za to jakoś nikt nie zająknął się słowem o nieustannym przebodźcowaniu.

Ze starszą jest jeszcze jako tako. Naturalny nerd, introwertyczka, bierze klocki lego, piasek kinetyczny, plastelinę i cały dzień jej nie ma. Jak tatuś. Jak mamusia. Ostatnio opanowała najprostsze węzły, ale odplątywanie całego domu z oplotu linek i repsznurów nawet sprawia mi przyjemność. Za to młodsza jest… bardziej „normalna”. Chce interakcji. Żeby się dużo działo. Bez  przedszkola w krótkim czasie dostaje πerdolca i niezwykle skutecznie doprowadza do niego również resztę rodziny.

Mięśnie bolą, chciałoby się leżeć, a tu ciągle czegoś chcą. Najbardziej chcą uwagi – a ta jest niepodzielna i ledwie zipie.

Sen o szkole

Mama wspominała, że przez wiele, wiele lat prześladował ją sen, w którym pisze maturę. W końcu za którymś razem uświadomiła sobie, że jest dorosła i maturę dawno zdała. Wtedy przestał ją prześladować.

U mnie ten moment jeszcze nie nadszedł.

* * *

Jestem dorosła, ale i tak muszę iść do szkoły, bo czegoś mi brakuje w papierach. Plan lekcji właśnie się zmienił albo lekcje przeniesiono i wszyscy o tym wiedzą, tylko nie ja. Nie mam ze sobą tego, co powinnam mieć. Przyszłam na niewłaściwą godzinę. Nie wiem, gdzie powinnam być. Wszyscy to wiedzą, oprócz mnie. Błąkam się po budynku (zwykle wariacji na temat drugiej podstawówki) w nadziei, że metodą prób i błędów uda mi się ustalić, czego się ode mnie oczekuje. Boję się kogokolwiek zapytać, bo wszyscy oprócz mnie wiedzą i ja też powinnam wiedzieć – tyle, że nie wiem.

* * *

— Ale customowy ferrari kabrio przejechał!

— Naprawdę? Nie widziałam.

— Jak mogłaś nie widzieć? Wściekle niebieski jak mój rower, buczał, jak to sportowy samochód na niskich obrotach, przejechał tak wolno, że nie dało się go nie zauważyć!

— Naprawdę nie zauważyłam.

— Wiesz co? To twoje niezauważanie zaczyna się robić cholernie kłopotliwe.

— Nie. Nie zaczyna. Ono przez całe życie było cholernie kłopotliwe, teraz tylko jesteś świadomy, w czym rzecz.

A niebieskie ferrari cabrio, pomijając wszystko inne, zwyczajnie mnie nie obchodziło. Po co robić szum akurat wokół niego?

Kałużystki

Po kolejnych nawałnicach zostają połamane drzewa. I kałuże. Dużo kałuż. W. rozpina sandałki i wchodzi jedną stopą do brudnej wody.

— Fajna, zimna — stwierdza.

M. jej zazdrości. Też zdejmuje sandałki, staje obok. Mętna woda sięga jej do kostek.

— Aaaa, gdzie moje nogi! Nie mam nóg! — śmieją się obie.

Idziemy. Kałuż jest dużo, czasem na całą szerokość chodnika. A, co tam! Też zdejmuję sandały i staję razem z nimi w kolejnej.

Kolega z przedszkola patrzy na nas, zdziwiony. Jego mama też. Ostrożnie omijają kałużę bokiem, kiedy my radośnie stoimy w wodzie.

Wielka chmura szybko sunie w naszą stronę.

— Dziewczyny, będzie padać. Chcecie zmoknąć?

— Taaaak! — odpowiadają.

Leje. Mokniemy. Kałuże robią się ciepłe od uderzeń kropli, asfaltem spływają strumyczki.

— Gdzie strumyk płynie z wolna… — śpiewają dziewczynki, wędrując w dół jednej ze strug.

Ktoś się zatrzymuje, oferuje nam parasol.

— Nie, dziękuję — śmieję się, — mokniemy specjalnie!

Na zamku

Najpierw do góry. Wapienna ściana bywa śliska, bywa krucha, ale przez większość czasu daje mocne oparcie zarówno rękom, jak i nogom.

— Tak czwórkowo — oceniam, nawiązując do skali trudności dróg alpejskich.

Jeden z uczestników ma lęk wysokości. Koleżanka jest poobijana, posiniaczona, prawie płacze. Para pokłóciła się poprzedniego wieczoru i teraz próbują się pogodzić. Czekam na nich wszystkich. Jestem zamkiem.

Przepuszczam szybszych od nas. Nie znoszę czuć na karku zirytowanego oddechu, idźcie przodem!

Posiniaczona koleżanka jednak idzie. Lęk wysokości udało się pokonać skupieniem na technice i drodze. Para powoli przypomina sobie, dlaczego chce być razem. Idę na końcu.

Potem z góry. O nie, nie ma to nic wspólnego z powiedzeniem „potem to już z górki”! Ziemia jest śliska, wszystkie problemy z kolanami wychodzą na wierzch. Niektórzy mogliby niemal zbiegać, ale inni muszą każdy krok stawiać bardzo ostrożnie. Czekam na nich wszystkich.

Plotkujemy z tymi, którzy też idą na końcu — czy dlatego, że muszą, czy dlatego, że chcą. Kiedy zaczęliśmy jeździć bez opieki kogoś dorosłego? Jak i kiedy zaczynaliśmy z górami? Opowieści o przygodach, w których trzeba było po prostu umieć sobie poradzić.

Łup! Mój osobisty mężczyzna poślizgnął się na korzeniu. Rozharatana ręka, nic bardzo poważnego, ale apteczka ze środkami opatrunkowymi jednak by się przydała. Mam ją w plecaku, pomyślałam o tym.

Lubię iść ostatnia.

I lubię dotyk gór.

Nie jestem wzrokowcem

Śniła mi się sukienka. Zielona, ozdobiona haftem. Z miękkiego, lejącego się dżerseju. Prosta góra w dwóch wersjach, na duży biust (z dekoltem) lub mały (z falbanką). Asymetryczny, dwuwarstwowy dół.

Umiałabym skonstruować wykrój, znaleźć odpowiedni materiał i uszyć ją.

Nie potrafię jej narysować.

Dlaczego? Bo poza kolorem w mojej wyobraźni jest niewiele wrażeń wzrokowych. Kiedy wyobrażam sobie sukienkę, czuję fakturę materiału, dotyk haftu, reakcję na ruch. Umiem je osiągnąć, dobierając materiał i projektując wykrój. Nie umiem ich narysować.

Puzzle

Lubię układać puzzle. Nie korzystam z obrazka – przyglądam się każdemu kawałkowi z osobna, dostrzegając subtelności kształtów, odcieni i faktur, żeby znaleźć pasujące fragmenty. Z czasem pojawiają się coraz większe fragmenty obrazka, aż w końcu z chaosu wyłania się całość.

Życie powoli układa się w logiczną całość. Moje ja staje się spójne. Od kiedy przyjęłam założenie, że jestem aspikiem, elementy życiowej układanki zaczęły do siebie pasować. Zaczęły być logiczne. Czemu jednym z symboli kojarzonych z autyzmem jest kawałek układanki?

* * *

Czemu wciąż słyszałam od najbliższych posądzanie o bycie fałszywą? Próbowałam zdejmować maski, ale pod nimi były kolejne maski i nawet jeśli czasem mignął gdzieś kawałek prawdziwej twarzy, to wyglądał tak nieprawdopodobnie, że sama nie umiałam go rozpoznać. Czemu ludzie oburzali się na mnie, że łamię reguły, których nikt mi nigdy nie przedstawił? Czemu miało być oczywiste, że kiedy mówią coś, to tak naprawdę chodzi im o coś zupełnie innego?

Niespodziewane wybuchy płaczu w miejscach publicznych wreszcie znalazły wytłumaczenie. Żadna histeria – zwykłe przebodźcowanie. Bardzo nierówne w czasie możliwości mózgu też przestały być dziwne, kiedy zrozumiałam, jak nieustannie męczę się, rozszyfrowując codziennnie zasady bycia z ludźmi i panując nad mową ciała, żeby zgadzała się z tym, co chcę przekazać.

Trud. Wieczny trud i lęk. Matematyka wybacza błędy – wystarczy je poprawić. Ludzie nie wybaczają błędów tak łatwo. Nie powiem „o, przepraszam, użyłam niewłaściwego tonu głosu, powinnam była powiedzieć to tak: <>, wtedy zabrzmi szczerze”.

* * *

Kiedyś słowa same układały mi się w łańcuchy i płynęły łagodnymi falami. Dziś z trudem wyrzucam je z siebie, po jednym, szorstkie, precyzyjne, kłujące. Co się stało w międzyczasie? Gdzie szukać fragmentu układanki, do którego ten kawałek będzie pasować?