Skip to content

W stół

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Taki właśnie problem pojawia się w rozmowach na drażliwe tematy. Każdy usłyszy to, co go osobiście drażni i na tym się zatrzyma.

Poprzednia notka była o sztandarach. Kiedy wyszłam spod różnych sztandarów, pod którymi mnie wychowano, przestałam ich bronić, a zaczęłam się rozglądać, dostrzegłam mnóstwo ludzi, spraw, uwag i mechanizmów. Zauważyłam wartości, którymi kieruje się „druga strona”. Zaczęłam widzieć regularne przekraczanie granic, zapamiętanie w walce i gubienie własnych podstaw, które spod sztandaru widzi się tylko u drugiej strony, nigdy u swojej. Zatęskniłam za rzeczową, konstruktywną dyskusją i wiem, że ta tęsknota, przynajmniej w dużej skali, pozostanie niespełniona. Bo tacy są ludzie. Pragnienie obrony sztandaru pojawia się wcześniej niż myśl. To instynkt.

Przerażają mnie obie telewizje. Przyjęły tę samą strategię: na pełnym ekranie wałkujemy jakąś wpadkę przeciwnika, a w dolnym pasku, tekstowo, przemykają się ważne wiadomości ze świata. Starannie usunięto miejsce na jakąkolwiek rzeczową dyskusję, najważniejsze, to czy jesteś z nami, czy przeciwko nam. Gołe baby już się nam opatrzyły, więc zaapelujmy do innych niskich instynktów. Walka w obronie swoich świetnie się nadaje na łatwy do sterowania motor.

Nie lubię sztandarów

Przestałam się deklarować jako wierząca. Rodzina ma z tym problem. Jeszcze większy problem ma z tym, że nie zaczęłam się deklarować jako niewierząca. Bo wtedy przynajmniej mogliby mnie sklasyfikować i odnieść się do tego. A ja właśnie tego chcę uniknąć. Za dużo wprowadzamy między ludzi prostych i iluzorycznych podziałów po zupełnie umownych liniach.

Reakcje są ciekawe. Rodzice unisono podnoszą argument tradycji. Cóż, widać każdy musi oprzeć się na czymś. Można mieć sentyment do Mszy w porządku trydenckim, ja nawet mam pewne estetyczno-teologiczne odchyłki w stronę prawosławia, ale definiowanie się przez to? Kiedy tradycja albo postęp stają się ważniejsze od prawdy, lecimy ku jednej z dwóch katastrof do wyboru.

Wujek, którego w kościele widywałam chyba tylko na pogrzebach, wziął się za nawracanie mnie. Wciąż wracał do refrenu „ale to nie o to tak naprawdę chodzi”, tylko jakoś nie potrafił określić, o co w takim razie chodzi.

Mnie najbardziej chodzi o to, że nie znoszę sztandarów. Człowiek mówi: jestem wierzący / niewierzący, mam poglądy lewicowe / prawicowe / postępowe / konserwatywne / liberalne / ekologiczne / pacyfistyczne / narodowe, ostatnio w Polsce może popierać PiS albo KOD… i to go definiuje. Ludzie zaczynają się dzielić na „naszych” i „tamtych”. Różne pytania, koncepcje i propozycje nie wymagają już większego zastanawiania się, wystarczy przyłożenie szablonu – czy to pasuje do mojego sztandaru, czy nie?

Kiedy staję wobec takich ze swoją postawą systematycznego zwątpienia, uznają mnie za zwolennika opcji przeciwnej. Bo zamiast popierać, wątpię. Mało kto w takiej sytuacji dostrzega drobną różnicę między „wątpię” a  „odrzucam”. Pewnie dlatego dla wielu słowo „agnostyk” to eufemizm na „ateistę”.

* * *

W Wielki Piątek jajecznica była bez szynki.

— Dzisiaj nie jemy mięsa ani słodyczy i w ogóle unikamy robienia przyjemnych rzeczy na pamiątkę, że Pan Jezus umarł. Został zabity na krzyżu — tłumaczę dzieciom.

— Aha — dzieciaki najwyraźniej nie miały z tym problemu.

— Mama, ja chcę dzisiaj iść do kościoła — powiedziała czteroletnia W. — Żeby pokazać Panu Jezusowi, że mi smutno.

Poszliśmy. Czemu nie?

 

Escitalopram i wiosna

Słuchawki z aktywnym wygłuszeniem pomagają. Zalecenia pani reumatolog chyba działają, po ponad miesiącu stawy bolą już tylko troszkę i prawie nie puchną. Zielono. Potomkowie dinozaurów ćwierkają w żywopłotach.

Papiery do zerówki złożone dzień przed terminem. Z licznych badań wynikła nieznaczna anemia, podwyższony cholesterol i torbiel w zatoce szczękowej. Nic poważnego. Nic, co pozwoliłoby powiedzieć: jestem chora! i położyć się do łóżka.

Terapeutka pyta, czego ja chcę. Twierdzi, że ciągle myślę o innych i gubię własne potrzeby. Ciekawe. Całe życie słyszałam coś dokładnie przeciwnego.

A czego bym chciała?

na zachodzie już noc
wciągasz głowę pod koc
raz zasypiasz i sprawa jest czysta
dłonie zapleć i złóż
nie obudzisz się już
lecz przynajmniej raz możesz się wyspać

Brany od ośmiu miesięcy escitalopram nie pomaga na wiosnę.

~20 kHz

Pisk w uszach rozsadza głowę. Interakcja między lekami? Podobno nie należy łączyć SSRI z NLPZ. SSRI z dnia na dzień nie odstawię, więc to ibuprofen poszedł do kolegi, a bolące i opuchnięte pasmo biodrowo-piszczelowe dostało miejscowo voltaren.

Co się stało? Nic szczególnego. Prawdopodobnie przeciążenie. Problemy się zaczęły od szybkiego chodzenia po błocie, siedzenia po turecku na krześle w pracy, siedzenia po turecku na podłodze w domu z dziećmi siadającymi na moich nogach, a dobiło zaniesienie zaspanej i odmawiającej współpracy M. do przedszkola. Ach, i jeszcze sprzątanie przed urodzinkami W. No to teraz stukam starymi, poobijanymi kijami trekkingowymi męża, żeby sobie to nieszczęsne pasmo odciążyć.

Po urodzinkach wyszli goście, a ja założyłam słuchawki budowlane i wzięłam się za zmywanie. Woda chlupotała wyraziście, ale przynajmniej nie przekraczała progu bólu. Tak, mam wyraźną nadwrażliwość na dźwięki. To dziwne, odkrywać takie rzeczy w dorosłym życiu. Przecież z pierwszych klas podstawówki pamiętam, że najgorszy w szkole był hałas. Co się stało, że muszę odgrzebywać tak stare wspomnienia, żeby zrozumieć, czemu dziś się źle czuję? Gdzie po drodze odcięłam się od tak prostych przeżyć?

Namierzyłam źródło problemu, teraz jadą do mnie słuchawki z aktywnym wygłuszaniem. Do metra, na ulicę – niech uszy odpoczywają, kiedy nie muszą pracować. Może potem będzie w nich mniej piszczeć.

Press mute

— Była niegrzeczna, krzyczała, skakała, awanturowała się — relacjonowała babcia rodzicom.

Niegrzeczne dziecko nic nie mówiło. Im bardziej je pytano, podchodzono do niego, próbowano uspokoić, w tym większą wpadało histerię. Nikt nigdy nie dowiedział się, że chodzi o ślimaka, którego rozdeptała, myśląc, że to pusta skorupka. Bezradnie machające macki nawiedzały ją, podłoga była nimi najeżona, sterczały z sedesu. Wyrzuty sumienia, że skrzywdziła bezbronne zwierzę, były nie do zniesienia. Tak ogromne, że… odbierały mowę. Więc płakała, krzyczała, skakała i odmawiała wszelkiej współpracy.

Odrobinkę dziwaczne dziecko, które nie chciało mówić „dzień dobry”, myło się tylko w zimnej wodzie i czekało aż zupa osiągnie temperaturę pokojową, zanim zaczęło ją jeść, nie wzbudzało większych niepokojów. Ataki histerii się zdarzały, ale bystrość i zaradność wskazywały, że da sobie w życiu radę.

* * *

Być może psychiatria dopiero czeka na opisanie subtelniejszych form autyzmu. Kiedyś do psychiatry trafiali ludzie, którzy w żaden inny sposób nie mogli już funkcjonować, często niebezpieczni dla otoczenia. Ktoś, kto leczył się psychiatrycznie, dostawał na całe życie etykietkę „czubka”, więc dopóki dało się jako tako funkcjonować, unikano kontaktów z tą gałęzią medycyny.

Ten stan powoli się zmienia. Zwiększa się świadomość problemu depresji – zwłaszcza, że wynaleziono na nią całkiem skuteczne leki. Opisano rozmaite dysmózgowia, powodujące, że skądinnąd inteligentny dzieciak nie jest w stanie przeskoczyć niektórych standardowych wymagań szkoły. Kładzie się nacisk na wczesne wykrywanie autyzmu.

Ma to swoje wady. Łatka leczącego się psychiatryczne wciąż piętnuje, a dziś łatwiej ją otrzymać. Z drugiej strony, niektórzy wykorzystują diagnozę do zupełnego usprawiedliwienia swojego lenistwa i braku starania się.

* * *

Odrobinkę dziwaczne dziecko poszło do szkoły. Hałas był nieznośny, ale lekcje łatwe i prawie zawsze choć trochę ciekawe. Sporadyczne problemy wychowawcze nie wzbudzały istotnego niepokoju, raczej, jeżeli cokolwiek, to oburzenie. Odrobinkę dziwaczne dziecko coraz lepiej uczyło się spełniać oczekiwania innych, choć nigdy nie przestało to być dla niego trudne. Kiedy nie umiało mówić, słuchało.

Dorosło. Z pewnymi perturbacjami skończyło studia. Założyło rodzinę.

Znalazło pomoc psychologiczną.

A więc mieli rację – jest odrobinkę dziwaczne, ale da sobie w życiu radę.

Neuroróżnorodność

— No nie, znowu zapomniałam zabrać ci rajstopek do przedszkola! Chyba trzeba by mi wyjąć mózg i wymienić na inny!

Może to tylko niewinny żart, ale ostatnio przestałam tak mówić. Uświadomiłam sobie, że mózg nie mający problemu z pamiętaniem o rajstopkach mógłby być zupełnie bezradny wobec nowych metod rozwiązywania równań różniczkowych.

— Nie mam zmysłu, pozwalającego odczytywać znaczące spojrzenia — oświadczyłam rodzicom.

— Nieprawda. Po prostu jak jesteś zaabsorbowana sobą, to do ciebie nie dociera — odpowiedzieli zgodnie.

Ech. No właśnie. Nie dociera. Niektóre mózgi nie umieją odczytać pewnych sygnałów. Inne na samym wstępie odrzucają każdą informację, która nie pasuje im do obrazka. Trudno o dobrą komunikację, kiedy problem tkwi w gołym postrzeganiu. Zwłaszcza, kiedy wszystkie zachowania wynikające ze spektrum były — i są — konsekwentnie interpretowane jako skutek egoizmu i okazywanie lekceważenia. Mimo wszystko mam nadzieję, że w końcu się nauczymy porozumiewać.

Niech żyje różnorodność!

Pogoda

Droga do przedszkola prowadzi przez park.

Uwielbiam chodzić piechotą, uważam, że to zdrowe dla ciała i ducha, więc obie córki tupią sobie razem ze mną przy każdej pogodzie. Dziś akurat było 0 stopni i zamarzający deszcz. I gołoledź.

— Dobrze, że tata nie pojechał dziś do pracy rowerem — rzuciłam, z trudem unikając wywrócenia się na pokrytym cienką warstewką lodu chodniku. — Mógłby się łatwo przewrócić.

— Tak, pojechał metrem — sprecyzowała W. — Ale ślisko!

Trzymałyśmy się we trzy za rączki i ślizgałyśmy się w najlepsze. M. ostrożnie, ważąc każdy krok, W. radośnie, czasem specjalnie się wywracając. Ja próbowałam podrzymywać je, ale sama też musiałam pilnować własnych stóp, które wcale nie chciały stać w miejscu.

— Idziemy przez górkę, czy po płaskim? — spytałam.

— Przez górkę! — zgodnie i entuzjastycznie zadecydowały młode.

Wspinanie się na górkę było praktycznie niemożliwe. Śmiejąc się i wywracając, próbowałyśmy wykonać choć jeden krok do góry, ale po prostu się nie dało. W końcu poprowadziłam dzieci bokiem ścieżki, gdzie było mniej lodu – a w dół bez trudu zjechałyśmy na butach.

Dalsza droga wydawała się łatwiejsza. Było już widać koniec parku i jako tako posypany piaskiem chodnik. Jeszcze ostatnia, wielka kałuża…

Bęc! W. z radością wywaliła się centralnie w kałużę, ciągnąc mnie, a ja pociągnęłam M. Siedziałyśmy w kałuży i śmiałyśmy się.

W przedszkolu dzieci mają ubranka na zmianę. Na szczęście. Przebrały się i zapytałyśmy pań, czy znajdzie się miejsce na kaloryferze na wysuszenie mokrych rajstopek i sukienek.

— Oczywiście, są trochę mokre? O… nawet bardzo.

— Miałyśmy przygodę! — oznajmiła z radością W.