Skip to content

Puzzle

Lubię układać puzzle. Nie korzystam z obrazka – przyglądam się każdemu kawałkowi z osobna, dostrzegając subtelności kształtów, odcieni i faktur, żeby znaleźć pasujące fragmenty. Z czasem pojawiają się coraz większe fragmenty obrazka, aż w końcu z chaosu wyłania się całość.

Życie powoli układa się w logiczną całość. Moje ja staje się spójne. Od kiedy przyjęłam założenie, że jestem aspikiem, elementy życiowej układanki zaczęły do siebie pasować. Zaczęły być logiczne. Czemu jednym z symboli kojarzonych z autyzmem jest kawałek układanki?

* * *

Czemu wciąż słyszałam od najbliższych posądzanie o bycie fałszywą? Próbowałam zdejmować maski, ale pod nimi były kolejne maski i nawet jeśli czasem mignął gdzieś kawałek prawdziwej twarzy, to wyglądał tak nieprawdopodobnie, że sama nie umiałam go rozpoznać. Czemu ludzie oburzali się na mnie, że łamię reguły, których nikt mi nigdy nie przedstawił? Czemu miało być oczywiste, że kiedy mówią coś, to tak naprawdę chodzi im o coś zupełnie innego?

Niespodziewane wybuchy płaczu w miejscach publicznych wreszcie znalazły wytłumaczenie. Żadna histeria – zwykłe przebodźcowanie. Bardzo nierówne w czasie możliwości mózgu też przestały być dziwne, kiedy zrozumiałam, jak nieustannie męczę się, rozszyfrowując codziennnie zasady bycia z ludźmi i panując nad mową ciała, żeby zgadzała się z tym, co chcę przekazać.

Trud. Wieczny trud i lęk. Matematyka wybacza błędy – wystarczy je poprawić. Ludzie nie wybaczają błędów tak łatwo. Nie powiem „o, przepraszam, użyłam niewłaściwego tonu głosu, powinnam była powiedzieć to tak: <>, wtedy zabrzmi szczerze”.

* * *

Kiedyś słowa same układały mi się w łańcuchy i płynęły łagodnymi falami. Dziś z trudem wyrzucam je z siebie, po jednym, szorstkie, precyzyjne, kłujące. Co się stało w międzyczasie? Gdzie szukać fragmentu układanki, do którego ten kawałek będzie pasować?

Reklamy

Jestem kobietąąąąąą

Włosy w kucyk, okulary nerdki, koszula w kratę, poplamione spodnie turystyczne i dożywające swoich dni lekkie trekkingowe buty. Jeśli wyglądem wyrażamy to, kim jesteśmy, to w końcu znalazłam swój styl. Przynależność subkulturowa: nerd.

Terapeutka dość intensywnie wypytywała mnie, jak się czuję ze swoim byciem kobietą. Chyba podejrzewała jakieś zachwianie poczucia tożsamości płciowej. Ja tam opieram się na naukach przyrodniczych. Mam macicę (sprawną, dwójkę dzieci urodziłam), biust, cienkie obojczyki i szeroko rozstawione kości kulszowe. Znaczy – jestem kobietą. Pasują mi damskie plecaki, damskie siodełka rowerowe i damskie uprzęże wspinaczkowe. Nie mam nic przeciwko sukienkom, jeśli są wygodne. A teraz zajmijmy się czym innym, bo w życiu jest mnóstwo bardziej interesujących spraw niż bycie określonej płci.

Co innego bycie mamą. To zajmuje znacznie więcej czasu i siły. To mocno wpływa na życie. Kiedy raz się urodzi dziecko, nie da się już tego zmienić – jest się mamą. To wyjątkowa relacja z wyjątkowymi ludźmi – moimi dziećmi.

* * *

Pani w przedszkolu tak mocno wkładała dzieciom do głowy, że w Dzień Matki trzeba pomagać mamie, że W. zamiest normalnie usiąść do śniadania postanowiła odkurzyć cały dom. Na szczęście po mniej więcej dwóch metrach kwadratowych uznała, że skończyła, więc nie spóźniłyśmy się do przedszkola – choć było blisko.

Błąd pomiaru

Osobiście uważam metodę naukową za aktualny szczyt rozwoju myśli – co nie znaczy, że jest to szczyt ostateczny. W trzynastym wieku podobnym szczytem była scholastyka. Scholastyka była wspaniała – a potem myśl poszła dalej, korzystając z jej narzędzi, udoskonalając je i adaptując do nowych problemów. Być może za siedemset lat na naszą dzisiejszą wizję świata będą patrzeć jak my na scholastykę, nie doceniając jej ogromnego wkładu w to, co stanie się później.

Metoda naukowa ma jednak swoje wady. Marnie sprawdza się na przykład przy zagadnieniach etycznych, w każdym razie trzeba ją do tego potężnie rozszerzać, co mocno rzutuje na (nie)pewność wyników.

Drugą potężną wadą metody naukowej jest to, że… ludzie jej nie rozumieją. Czasem nawet naukowcy. Wielu ludziom nie mieści się w głowie, że pewność faktów naukowych nie bierze się z jakiegoś fundamentalnego autorytetu Nauki, tylko z odrzucania. Uprawianie nauki to ciągłe próby podcięcia gałęzi, na której się siedzi i sprawdzanie, co zostaje. Tylko dlatego to, co zostaje, jest tak solidne. Bo oparło się wszystkim dotychczasowym systematycznym próbom podważania. A jeśli którejś się nie oprze, to trzeba będzie przemyśleć sprawę od nowa. Łącznie z obowiązkiem odpowiedzi na pytanie: Dlaczego dotychczas działało?

Każda naukowa (a osobiście uważam, że nie tylko) wiedza obarczona jest jakąś niepewnością. Nasze przyrządy pomiarowe mają ograniczoną rozdzielczość, warunki wokół się nieco zmieniają, a kiedy zejdziemy do skali kwantowej, napotkamy zasady nieoznaczoności – fundamentalne ograniczenia na precyzję naszej wiedzy. Jako fizycy, radzimy sobie z tym w prosty sposób: oprócz wyniku trzeba podać precyzję. Nie piszemy 1000 mm, tylko np. 1000±10 mm albo 1000.0±0.1 mm. To ważne. W tym, co stoi za znakiem ±, mieści się nie tylko niedokładność naszej miarki. Tam być może siedzi cała nowa fizyka do odkrycia.

Nie wstydźmy się dziur i ograniczeń w naszej wiedzy. Badajmy je. Właśnie tam da się dokonać najbardziej pasjonujących odkryć.

I can lead with pride, I can make us strong…

… I’ll be satisfied if I played along
but the voice inside sings a different song
what’s wrong with me?

Wchodzę ostatnio dość często na bloga Asperger i Foty. Ostatni post linkował do kilku artykułów o żeńskiej stronie autyzmu. W jednym z linkowanych artykułów występuje Maya – inteligentna, zdolna, dręczona lękiem społecznym i wieczną depresją, z epizodem anoreksji i mnóstwem bzdurnych diagnoz psychiatrycznych. Nie miałam nigdy poważnych zaburzeń odżywiania, ale reszta – jakbym czytała o sobie. Chodzisz po świecie, wyglądasz i zachowujesz się normalnie, odnosisz nawet różne sukcesy, ale pod spodem wiesz doskonale, że coś jest nie tak, tylko nie masz pojęcia, co właściwie. Pojawia się depresja, nerwice, lęki, ale jesteś już świetnie wyćwiczona w udawaniu normalnej, więc sama o nich nie wiesz, póki nie wybuchną.

O żeńskim aspergerze piszą raczej terapeuci niż psychiatrzy. Tego nie widać. Tego się nie zauważy w ciągu dwudziestominutowego wywiadu, a testy diagnostyczne potrafią dać losowy wynik, choćby i schizofrenię. Dopiero głębokie otwarcie się pozwala zrozumieć, gdzie tkwi problem. Ja potrzebowałam opowiedzieć o komunikacji z mamą, kiedy tworzyłam sobie w głowie słownik: „Sprzątnij ze stołu znaczy sprzątnij ze stołu, rozstaw talerze i sztućce, a potem zawołaj wszystkich na obiad. Inaczej mama będzie na mnie zła.” Nawigowanie wśród ludzkich oczekiwań było i jest stresujące i trudne, ale przez te wszystkie lata jakoś je opanowałam.

We wspomnianym artykule pojawia się fragment:

Particularly interesting is the unpublished observation that in girls with autism, the social brain seems to communicate with the prefrontal cortex, a brain region that normally engages in reason and planning, and is known to burn through energy. It may be that women with autism keep their social brain engaged, but mediate it through the prefrontal cortex — in a sense, intellectualizing social interactions that would be intuitive for other women.

“That suggests compensation,” Pelphrey says. It also jibes with women like Maya saying they have learned the rules of social interactions, but find it draining to act on them all day. “It’s exhausting because it’s like you’re doing math all day,” Pelphrey says.

To o mnie. Zasady interakcji społecznych, choć potwornie zawiłe, zostały jako tako rozpracowane na logikę, prosta rozmowa z drugim człowiekiem to gra strategiczna „Jak nie zostać źle odebranym?”. Porównanie do rozwiązywania przez cały dzień zadań z matematyki jest trochę nietrafne. Matematyka się nie obraża i nie przypisuje mi złych intencji. Kiedy popełnię błąd, mogę go po prostu poprawić. Interakcje międzyludzkie to bardziej nieustająca gra strategiczna, w której stawką jest prawo do życia wśród ludzi.

W stół

Uderz w stół, a nożyce się odezwą. Taki właśnie problem pojawia się w rozmowach na drażliwe tematy. Każdy usłyszy to, co go osobiście drażni i na tym się zatrzyma.

Poprzednia notka była o sztandarach. Kiedy wyszłam spod różnych sztandarów, pod którymi mnie wychowano, przestałam ich bronić, a zaczęłam się rozglądać, dostrzegłam mnóstwo ludzi, spraw, uwag i mechanizmów. Zauważyłam wartości, którymi kieruje się „druga strona”. Zaczęłam widzieć regularne przekraczanie granic, zapamiętanie w walce i gubienie własnych podstaw, które spod sztandaru widzi się tylko u drugiej strony, nigdy u swojej. Zatęskniłam za rzeczową, konstruktywną dyskusją i wiem, że ta tęsknota, przynajmniej w dużej skali, pozostanie niespełniona. Bo tacy są ludzie. Pragnienie obrony sztandaru pojawia się wcześniej niż myśl. To instynkt.

Przerażają mnie obie telewizje. Przyjęły tę samą strategię: na pełnym ekranie wałkujemy jakąś wpadkę przeciwnika, a w dolnym pasku, tekstowo, przemykają się ważne wiadomości ze świata. Starannie usunięto miejsce na jakąkolwiek rzeczową dyskusję, najważniejsze, to czy jesteś z nami, czy przeciwko nam. Gołe baby już się nam opatrzyły, więc zaapelujmy do innych niskich instynktów. Walka w obronie swoich świetnie się nadaje na łatwy do sterowania motor.

Nie lubię sztandarów

Przestałam się deklarować jako wierząca. Rodzina ma z tym problem. Jeszcze większy problem ma z tym, że nie zaczęłam się deklarować jako niewierząca. Bo wtedy przynajmniej mogliby mnie sklasyfikować i odnieść się do tego. A ja właśnie tego chcę uniknąć. Za dużo wprowadzamy między ludzi prostych i iluzorycznych podziałów po zupełnie umownych liniach.

Reakcje są ciekawe. Rodzice unisono podnoszą argument tradycji. Cóż, widać każdy musi oprzeć się na czymś. Można mieć sentyment do Mszy w porządku trydenckim, ja nawet mam pewne estetyczno-teologiczne odchyłki w stronę prawosławia, ale definiowanie się przez to? Kiedy tradycja albo postęp stają się ważniejsze od prawdy, lecimy ku jednej z dwóch katastrof do wyboru.

Wujek, którego w kościele widywałam chyba tylko na pogrzebach, wziął się za nawracanie mnie. Wciąż wracał do refrenu „ale to nie o to tak naprawdę chodzi”, tylko jakoś nie potrafił określić, o co w takim razie chodzi.

Mnie najbardziej chodzi o to, że nie znoszę sztandarów. Człowiek mówi: jestem wierzący / niewierzący, mam poglądy lewicowe / prawicowe / postępowe / konserwatywne / liberalne / ekologiczne / pacyfistyczne / narodowe, ostatnio w Polsce może popierać PiS albo KOD… i to go definiuje. Ludzie zaczynają się dzielić na „naszych” i „tamtych”. Różne pytania, koncepcje i propozycje nie wymagają już większego zastanawiania się, wystarczy przyłożenie szablonu – czy to pasuje do mojego sztandaru, czy nie?

Kiedy staję wobec takich ze swoją postawą systematycznego zwątpienia, uznają mnie za zwolennika opcji przeciwnej. Bo zamiast popierać, wątpię. Mało kto w takiej sytuacji dostrzega drobną różnicę między „wątpię” a  „odrzucam”. Pewnie dlatego dla wielu słowo „agnostyk” to eufemizm na „ateistę”.

* * *

W Wielki Piątek jajecznica była bez szynki.

— Dzisiaj nie jemy mięsa ani słodyczy i w ogóle unikamy robienia przyjemnych rzeczy na pamiątkę, że Pan Jezus umarł. Został zabity na krzyżu — tłumaczę dzieciom.

— Aha — dzieciaki najwyraźniej nie miały z tym problemu.

— Mama, ja chcę dzisiaj iść do kościoła — powiedziała czteroletnia W. — Żeby pokazać Panu Jezusowi, że mi smutno.

Poszliśmy. Czemu nie?

 

Escitalopram i wiosna

Słuchawki z aktywnym wygłuszeniem pomagają. Zalecenia pani reumatolog chyba działają, po ponad miesiącu stawy bolą już tylko troszkę i prawie nie puchną. Zielono. Potomkowie dinozaurów ćwierkają w żywopłotach.

Papiery do zerówki złożone dzień przed terminem. Z licznych badań wynikła nieznaczna anemia, podwyższony cholesterol i torbiel w zatoce szczękowej. Nic poważnego. Nic, co pozwoliłoby powiedzieć: jestem chora! i położyć się do łóżka.

Terapeutka pyta, czego ja chcę. Twierdzi, że ciągle myślę o innych i gubię własne potrzeby. Ciekawe. Całe życie słyszałam coś dokładnie przeciwnego.

A czego bym chciała?

na zachodzie już noc
wciągasz głowę pod koc
raz zasypiasz i sprawa jest czysta
dłonie zapleć i złóż
nie obudzisz się już
lecz przynajmniej raz możesz się wyspać

Brany od ośmiu miesięcy escitalopram nie pomaga na wiosnę.